|
:: maruyucablog
:: księga gości 2012 luty 2011 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2010 grudzień listopad wrzesień sierpień maj kwiecień marzec luty styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec |
23:31:31 2012-02-24 cos sie konczy, cos sie zaczynadzis wazny dzien.
z jednej strony ciezki i naprawde kilka razy podenerwowalam sie tak ze szlag mnie prawie trafil. mialam ochote kogos albo siebie rozniesc. albo w jakis sposob zniszczyc to napiecie.. na usuwanie napiecia mialam kilka sposobow. jednak jest taka sytuacja ze naprawde nie chce przejeb*c sobie zycia i cos postanowilam. byla wizyta u terapeutki, zaczyna sie praca. wiem ze bedzie ciezko bo juz te dzisiejsze stany mi uswiadomily ze bedzie hardkor. bedzie. nie pije, nie jaram, nie biore. czy ja to napisalam?
bedzie bardzo ciezko. naprawde. po pierwsze, nie mam wsparcia ze strony rodziny, zreszta ze strony znajomych tez. musze polegac na sobie, i jakos sobie zaufac. dlaczego twierdze ze nie mam wsparcia.. dlatego ze jesli komus powiem jak sprawa wyglada to uslysze zapewne: no co tyyyy, pijesz tyle ile ja / nie masz problemu, zajmij sie czyms / no to nie pij. to wcale nie jest tak. jest systematycznosc = jest uzaleznienie. jest urywanie filmu = nic smiesznego, wrecz cos zalosnego. brak samokontroli, i ja to mam. pije rzadko ale duzo.
poki co nie bede sie rozpisywac w tym temacie.
skomentuj (2) 20:28:32 2012-02-22 ha.ha.ha.soooooł.. no nie pisalam. kompletnie jakby tej strony nie bylo, bo jej tak jakby nie ma.
w miedzyczasie dzialo sie duzo i dzialo sie malo zarazem. jezdzilam ile sie dalo, stresowalam sie faktem ze wlasciwie prawie nie mam z kim jezdzic, ze nie mam za bardzo ni kogo kto by mnie nagral a nagranie bylo potrzebne. potrzebne, wlasciwie nie potrzebne. zapytala mnie jedna dziewczyna o wywiad, moglam odmowic, ale wlasciwie dlaczego by odmawiac. zgodzilam sie wiec, nie majac ani zdjec ani nagrywek, a cos wypadalo by miec na temat. myslalam ze jest pospiech, a nie bylo. ciezko bylo przejac nagrania od chlopakow, bo wlasciwie ciezko sie jest prosic o cos co niby nie ma znaczenia, tymbardziej ciezko sie doprosic. ja nie wiem, ze ludzi trzeba prosic czasem i sto razy. juz nawet nie w tym temacie, ale zeby sie ludzia odpisac np nie chcialo. ja naprawde jestem juz taka mega mega outsiderka. troche zawiedziona ludzmi, a jednak nimi zafascynowana. izolacja na 102.
wiec, jezdzilam do czasu az nie dopadla mnie kontuzja. zwichniecie stawu barkowo-obojczykowego. prawie 3 tygodnie od upadku miajaja a ja dalej czuje dyskomfort. to nic.
w miedzyczasie dostalam wsparcie w postaci sprzetu i byc moze wyjazdow.. na dniach dostane deske, troche sie nie moge doczekac. wszystko sie pieknie czasowo sklada bo moja poprzednia sie przeterminowala, krawedz sie wyrwala. no nie sama, ale moj udzial w tym naprawde znikomy.
od czasu kiedy to jestem kontuzjowana polecialam troche w melanz czyli zrobilam cos czego sie nie robi.
sa dwa bieguny, albo ciezko z mysleniem albo mam taka burze w mozgu ze nic sie z tego wydobyc nie da/wlasciwie to wychodzi jak nie myslenie. jestem zmeczona.
macocha zapytala: dlaczego do nas nie przyjezdzasz? a mi odrazu do glowy nasunelo sie.. a kiedy przyjezdzalam? prawda jest taka ze nie mam ochoty nikogo widziec. wymiotuje ludzmi. wstaje niezadowolona. wiem o co mnie zapytaja (Ci ktorych zazwyczaj spotykam na swojej drodze), pytaja po prostu, powiedzmy z grzecznosci. a ja nie mam ochoty o tak z grzecznosci rozmawiac o tym jak sie czuje. ze wegetuje. ze nic nie robie. marze o tym zeby spac caly czas. a klamac przeciez nie bede. choc czasem klamie, ze jest super/swietnie/fantastycznie. bo niby na co mialabym narzekac? na to ze mam prace, kase, kota, jedzenie, samochod, deske? no chyba nie. a samotnosc i wspomniana wegetacja to przeciez fikcja, nie ma czegos takiego. wlasciwie to sami tworzymy swoja rzeczywistosc (taka kartka wisi na przeciw mojego lozka), ale to nie do konca jest tak. ja po prostu nie godze sie z pewnymi rzeczami, niektore zdania kierowane do mnie (zazwyczaj slowa krytyki z ust najblizszej rodziny) nie mieszcza mi sie po prostu w glowie, nie mieszcza, jak o tym mysle to kiwam przeczaco glowa. i jak ja mam sie cieszyc zyciem jak mi to po glowie chodzi? ze cos ze mna nie tak, ze zmarszczki, ze zrob cos z soba, ze pracuje nie majac pojecia co robie, ze nic z tego nie ma, ze samotna z wlasnej winy.. no smutno mi jest. nie czuje sie zapuszczona czy zaniedbana. taka jestem po prostu a jak ktos do mnie cos dopisuje na sile to mi jest przykro.
w zwiazku z powyzszym doszlam do wniosku ze ponownie, najlepszym wyjsciem bedzie samolot do australii. i tym razem bede sie starac doprowadzic to do skutku.
bliskie mi osoby z ktorymi klikalam na ten temat jednoglosnie pisza: jedz, w sensie lec.
naprawde, czas na zmiany. to zycie zaczelo sie robic mega nudne i mega smutne.
skomentuj (0) 22:23:54 2011-12-28 wigilia.jak planowalam tak zrobilam i zyje. ominelam swieta szerokim lukiem.. plan pierwotny sie udal, wyjechalam.
jakos tak w trakcie myslenia nad tym wszystkim przyszla mi do glowa barcelona. nigdy nie bylam, nie wiedzialam kompletnie nic o tym miescie - swoje zdobywanie wiedzy rozpoczelam wiec od zakupu kiepskiego przewodnika ktory w 4lata po wydaniu stracil na swej wartosci. jednak przy zakupie jakos tego nie rozkminialam, kupilam co bylo. czytalam i jaralam sie. mimo ze przewodnik kiepski (choc na przewodnikach sie nie znam) to troche to wszystko poczulam, poczulam tez ze nie moge odpuscic, ze musze poleciec chocby nie wiem co.
zeby jako tako nie bylo odwrotu to za wczasu zarezerwowalam bilety, wylot w wigilie, powrot po 5 dniach. im blizej wylotu tym bardziej odnosilam wrazenie ze 5 dni na samotny wypad to troche za dlugo.. przebukowalam bilet co w efekcie doprowadzilo do pobytu 3 dniowego.
wylot w wigilie - 18.10. dotarlam na lotnisko gdzie okazalo sie ze jest godzinne opoznienie. na miejsce dolecialam kolo 22. troche sie martwilam bo po pierwsze nie wiedzialam jak dostac sie do centrum , a po drugie rezerwujac hostel zaznaczylam w formularzu ze bede okolo godziny 22 wlasnie. wychodzac z lotniska trafilam na autobus jadacy do centrum.. wysiadlam na pl. catalunya co znaczylo ze mieszkam juz tuz tuz. do hostelu trafilam bezblednie.
moj pokoik zamiast pokoiku 10os byl pokoikiem 4 osobowym, moje lozko juz na mnie oczekiwalo. w pokoiku poza mna 3 inne dziewczyny, psiapsioleczki z ktorymi to nic a nic sie nie zintegrowalam. troche dzialaly mi na nerwy nawet bo nie moglam przez nie spac.. ale nie denerwowalam sie tak ze myslalam o rwaniu wlosow z ich glow tylko no tak... no budze sie w nocy bo one szepcza, ubieraja sie, wstaja, wychodza, wracaja, znow wychodza.. zmoje denerwowanie ograniczalo sie do pomyslo wykrzykniecia o 2 w nocy "zamknaaaaac mordyyyy!" bla bla bla, nie o tym.
pierwszego dnia wstalam dosc wczesnie bo juz o 9, myslac ze jest 10. zerwalam sie z loza, szybko ogarnelam i sruuuu. pierwszym moim celem byl najstarszy park Barcelony, o ktorym dowiedzialam sie z tego rewelacyjnego przewodnika. dla mnie niezla rozrywka w tym parku byl labirynt ktorym naprawde sie jaram (krecono w nim sceny do filmu "Pachnidlo"), zgubilam sie, tzn. wiedzialam ze jestem w labiryncie i ze zaraz z niego wyjde ALE no to bylo zabawne, ide, ide, i okazuje sie ze w tym miejscu w ktorym jestem juz chyba bylam i pojecia nie mam gdzie isc.
dalej, tego dnia zaliczylam jeszcze inne hity miasta, duzo sie nachodzilam, duzo pojezdzilam metrem, duzo za duzo bo bol nogi chyba z przeciazenia odczuwam do dzis.. o, tego dnia dotarlam tez na plaze. re we la cja! uwielbiam plaze! a ta troche przypominalam mi St. Kilde z Melbourne, to takie sentymentalne nawiazanie ;)
drugiego dnia troche odpuscilam, wytyczylam sobie jakies cele, jednak naprawde czulam zmeczenie materialu. zastanawialam sie nad kupnem biletu autobusowego na jakies tam petle turystyczne. 23euro nie malo. juz mialam odpuszczac kiedy jednak sie zdecydowalam. spedzilam na pokladzie tych autobusow lacznie ze 4godziny, troche mnie wychlodzilo. ale tez bylo swietnie, bylam w miejscach gdzie dojechalabym metrem jednak wymagaloby to wiecej sily i wiekszej ilosci biletow. pojscie troche na latwizne ale i z takich rozwiazan trzeba korzystac.
dzien trzeci, znow troche wloczegi. tego dnia po raz pierwszy oplacilam wstep do jakiegokolwiek muzeum, wybralam Palau Guell i mysle ze byl to dobry wybor. reszte atrakcji gdzie regulowac nalezalo wstep sobie odpuszczalam (bilety zazwyczaj 10-15euro).
znow dotarlam na plaze ktora przyciagala mnie jak magnes.
nie bede sie jakos bardzo rozpisywac, dodam jedynie ze na pewno tam niebawem wroce. mam ochote posurfowac i pochlonac wiecej energi tamtejszego klimatu i slonca. naprawde, jaram sie.
jezeli o powrot chodzi, to zafascynowana prostota tamtejszej komunikacji miejskiej strzelilam jedna gafe. moje szczescie ze udalam sie na lotnisko 3godz przed odlotem. bylam tak zmeczona miedzy innymi ciagnieciem od 2godz ze soba wszedzie swojej torby ze zdecydowalam sie na typowe marnotrawienie czasu siedzac w poczekalni lotniska, nic z tego. dojechalam metrem na stacje Sants gdzie mialam zlapac pociag jadacy na lotnisko. ze jednak bystra jestem, to stojac na wlasciwym peronie, o wlasciwym czasie, wsiadlam do niewlasciwego pociagu. podroz na lotnisko miala zajac ok20min.. wsiadlam wiec do niewlasciwego pociagu zupelnie nieswiadomie. swoje watpliwosci ktore gdzies tam sie pojawily rozwiewalam faktem ze w pociagu tym jest duzo walizek.. jade wiec. 20min minelo, wiec mysle "mhhh, co jest.. juz powinnismy byc, mialy byc 3 przystanki, nie bylo zadnego" troszke nerwow. troszke wiecej nerwow, jest mi cieplo. jade juz 50min :) po tych 50min pierwszy przystanek, wykurzylo mnie z tego pociagu raz dwa. biegne. no jak poparzona. pytam pania o Barcelone, wskazuje pociag, wskakuje. ten odjezdza po 5minutach. z tym ze ten powrotny jest z postojami, tak naprawde nie wiem ile pojedzie i czy zdarze na pociag na lotnisko ostatniej szansy ktory odjezdza o 20.09 z Sants. glupi ma szczescie. punkt 20 dotarlam na stacje, szybko ogarnelam bilet, peron i wlasciwy pociag ktory byl spozniony.. znow sie zamartwialam czy zdarze. zdarzylam bo.. samolot byl spozniony.
dzis dotarlam do informacji ze wywalilo mnie 62km za miasto, dotarlam do 6 strefy majac wazny bilet do granic pierwszej. pozatym w powrocie podrozowalam na gape, a na stacji musialam pokonac bramki imitujac posiadanie biletu. to bylo cos ;)
calosc na plus, juz nie moge sie doczekac az odbiore zdjecia.
ah, nie zaktualizowalam poprzednich wpisow. moja tarczyca ma sie dobrze. nic mi nie jest, a raczej mam dolegliwosci wszystkiego wiec nie wiadomo co mi jest ale pewnie poki co nic.
skomentuj (4) 18:47:01 2011-12-19 19.ten slynny portal spolecznosciowy dzis uswiadomil mnie w tym ze trzech osobnikow plci przeciwnej z ktorymi mnie cos kiedykolwiek w jakis glebszy sposob laczylo urodzilo sie tego samego dnia. interesujace.
skomentuj (0) 22:40:05 2011-12-16 ble.zjadlam 2tabletki rapacholinu (tata polecil pare dni temu). no naprawde, tego wieczoru te rewelacyjne nudnosci przeszly siebie.
mialam zamulic w domu, ale jednak pojechalam na urodziny tesciowej brata.. naprawde, nie objadalam sie, zreszta widzac ciastko pomyslalam ze puszcze pawia. przyjelam symboliczny posilek. wrocilam do domu, i juz w drodze w samochodzie czulam ze jest coraz gorzej. no bylo najgorzej. teraz jakby po tych tabletkach troche minelo ale ooooo cooooo chooooo?!
odebralam dzis reszte wynikow ad. tarczycy bo poczatkowy rezultat okazal sie byc niepelny. wlasciwie to nie odebralam a sprawdzilam sobie na necie. nie wiem jak na to zareagowalam, nie wiem co to znaczy ale jest dziwne. troche googlowalam ale nie duzo bo jednak wole poczekac na diagnoze. w kazdym badz razie mam w sobie za duzo jakis przeciwcial, konkretniej ich ilosc dwunastokrotnie przekracza norme, a nawet nie norme bo w normie to ich nie ma, nie istnieja. tak ze niecierpliwie wyczekuje poniedzialku.
o, halny jakos teraz ustal. niezly wichur.
skomentuj (0) |