|
:: maruyucablog
:: księga gości 2011 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2010 grudzień listopad wrzesień sierpień maj kwiecień marzec luty styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec |
22:23:54 2011-12-28 wigilia.jak planowalam tak zrobilam i zyje. ominelam swieta szerokim lukiem.. plan pierwotny sie udal, wyjechalam.
jakos tak w trakcie myslenia nad tym wszystkim przyszla mi do glowa barcelona. nigdy nie bylam, nie wiedzialam kompletnie nic o tym miescie - swoje zdobywanie wiedzy rozpoczelam wiec od zakupu kiepskiego przewodnika ktory w 4lata po wydaniu stracil na swej wartosci. jednak przy zakupie jakos tego nie rozkminialam, kupilam co bylo. czytalam i jaralam sie. mimo ze przewodnik kiepski (choc na przewodnikach sie nie znam) to troche to wszystko poczulam, poczulam tez ze nie moge odpuscic, ze musze poleciec chocby nie wiem co.
zeby jako tako nie bylo odwrotu to za wczasu zarezerwowalam bilety, wylot w wigilie, powrot po 5 dniach. im blizej wylotu tym bardziej odnosilam wrazenie ze 5 dni na samotny wypad to troche za dlugo.. przebukowalam bilet co w efekcie doprowadzilo do pobytu 3 dniowego.
wylot w wigilie - 18.10. dotarlam na lotnisko gdzie okazalo sie ze jest godzinne opoznienie. na miejsce dolecialam kolo 22. troche sie martwilam bo po pierwsze nie wiedzialam jak dostac sie do centrum , a po drugie rezerwujac hostel zaznaczylam w formularzu ze bede okolo godziny 22 wlasnie. wychodzac z lotniska trafilam na autobus jadacy do centrum.. wysiadlam na pl. catalunya co znaczylo ze mieszkam juz tuz tuz. do hostelu trafilam bezblednie.
moj pokoik zamiast pokoiku 10os byl pokoikiem 4 osobowym, moje lozko juz na mnie oczekiwalo. w pokoiku poza mna 3 inne dziewczyny, psiapsioleczki z ktorymi to nic a nic sie nie zintegrowalam. troche dzialaly mi na nerwy nawet bo nie moglam przez nie spac.. ale nie denerwowalam sie tak ze myslalam o rwaniu wlosow z ich glow tylko no tak... no budze sie w nocy bo one szepcza, ubieraja sie, wstaja, wychodza, wracaja, znow wychodza.. zmoje denerwowanie ograniczalo sie do pomyslo wykrzykniecia o 2 w nocy "zamknaaaaac mordyyyy!" bla bla bla, nie o tym.
pierwszego dnia wstalam dosc wczesnie bo juz o 9, myslac ze jest 10. zerwalam sie z loza, szybko ogarnelam i sruuuu. pierwszym moim celem byl najstarszy park Barcelony, o ktorym dowiedzialam sie z tego rewelacyjnego przewodnika. dla mnie niezla rozrywka w tym parku byl labirynt ktorym naprawde sie jaram (krecono w nim sceny do filmu "Pachnidlo"), zgubilam sie, tzn. wiedzialam ze jestem w labiryncie i ze zaraz z niego wyjde ALE no to bylo zabawne, ide, ide, i okazuje sie ze w tym miejscu w ktorym jestem juz chyba bylam i pojecia nie mam gdzie isc.
dalej, tego dnia zaliczylam jeszcze inne hity miasta, duzo sie nachodzilam, duzo pojezdzilam metrem, duzo za duzo bo bol nogi chyba z przeciazenia odczuwam do dzis.. o, tego dnia dotarlam tez na plaze. re we la cja! uwielbiam plaze! a ta troche przypominalam mi St. Kilde z Melbourne, to takie sentymentalne nawiazanie ;)
drugiego dnia troche odpuscilam, wytyczylam sobie jakies cele, jednak naprawde czulam zmeczenie materialu. zastanawialam sie nad kupnem biletu autobusowego na jakies tam petle turystyczne. 23euro nie malo. juz mialam odpuszczac kiedy jednak sie zdecydowalam. spedzilam na pokladzie tych autobusow lacznie ze 4godziny, troche mnie wychlodzilo. ale tez bylo swietnie, bylam w miejscach gdzie dojechalabym metrem jednak wymagaloby to wiecej sily i wiekszej ilosci biletow. pojscie troche na latwizne ale i z takich rozwiazan trzeba korzystac.
dzien trzeci, znow troche wloczegi. tego dnia po raz pierwszy oplacilam wstep do jakiegokolwiek muzeum, wybralam Palau Guell i mysle ze byl to dobry wybor. reszte atrakcji gdzie regulowac nalezalo wstep sobie odpuszczalam (bilety zazwyczaj 10-15euro).
znow dotarlam na plaze ktora przyciagala mnie jak magnes.
nie bede sie jakos bardzo rozpisywac, dodam jedynie ze na pewno tam niebawem wroce. mam ochote posurfowac i pochlonac wiecej energi tamtejszego klimatu i slonca. naprawde, jaram sie.
jezeli o powrot chodzi, to zafascynowana prostota tamtejszej komunikacji miejskiej strzelilam jedna gafe. moje szczescie ze udalam sie na lotnisko 3godz przed odlotem. bylam tak zmeczona miedzy innymi ciagnieciem od 2godz ze soba wszedzie swojej torby ze zdecydowalam sie na typowe marnotrawienie czasu siedzac w poczekalni lotniska, nic z tego. dojechalam metrem na stacje Sants gdzie mialam zlapac pociag jadacy na lotnisko. ze jednak bystra jestem, to stojac na wlasciwym peronie, o wlasciwym czasie, wsiadlam do niewlasciwego pociagu. podroz na lotnisko miala zajac ok20min.. wsiadlam wiec do niewlasciwego pociagu zupelnie nieswiadomie. swoje watpliwosci ktore gdzies tam sie pojawily rozwiewalam faktem ze w pociagu tym jest duzo walizek.. jade wiec. 20min minelo, wiec mysle "mhhh, co jest.. juz powinnismy byc, mialy byc 3 przystanki, nie bylo zadnego" troszke nerwow. troszke wiecej nerwow, jest mi cieplo. jade juz 50min :) po tych 50min pierwszy przystanek, wykurzylo mnie z tego pociagu raz dwa. biegne. no jak poparzona. pytam pania o Barcelone, wskazuje pociag, wskakuje. ten odjezdza po 5minutach. z tym ze ten powrotny jest z postojami, tak naprawde nie wiem ile pojedzie i czy zdarze na pociag na lotnisko ostatniej szansy ktory odjezdza o 20.09 z Sants. glupi ma szczescie. punkt 20 dotarlam na stacje, szybko ogarnelam bilet, peron i wlasciwy pociag ktory byl spozniony.. znow sie zamartwialam czy zdarze. zdarzylam bo.. samolot byl spozniony.
dzis dotarlam do informacji ze wywalilo mnie 62km za miasto, dotarlam do 6 strefy majac wazny bilet do granic pierwszej. pozatym w powrocie podrozowalam na gape, a na stacji musialam pokonac bramki imitujac posiadanie biletu. to bylo cos ;)
calosc na plus, juz nie moge sie doczekac az odbiore zdjecia.
ah, nie zaktualizowalam poprzednich wpisow. moja tarczyca ma sie dobrze. nic mi nie jest, a raczej mam dolegliwosci wszystkiego wiec nie wiadomo co mi jest ale pewnie poki co nic.
skomentuj (4) 18:47:01 2011-12-19 19.ten slynny portal spolecznosciowy dzis uswiadomil mnie w tym ze trzech osobnikow plci przeciwnej z ktorymi mnie cos kiedykolwiek w jakis glebszy sposob laczylo urodzilo sie tego samego dnia. interesujace.
skomentuj (0) 22:40:05 2011-12-16 ble.zjadlam 2tabletki rapacholinu (tata polecil pare dni temu). no naprawde, tego wieczoru te rewelacyjne nudnosci przeszly siebie.
mialam zamulic w domu, ale jednak pojechalam na urodziny tesciowej brata.. naprawde, nie objadalam sie, zreszta widzac ciastko pomyslalam ze puszcze pawia. przyjelam symboliczny posilek. wrocilam do domu, i juz w drodze w samochodzie czulam ze jest coraz gorzej. no bylo najgorzej. teraz jakby po tych tabletkach troche minelo ale ooooo cooooo chooooo?!
odebralam dzis reszte wynikow ad. tarczycy bo poczatkowy rezultat okazal sie byc niepelny. wlasciwie to nie odebralam a sprawdzilam sobie na necie. nie wiem jak na to zareagowalam, nie wiem co to znaczy ale jest dziwne. troche googlowalam ale nie duzo bo jednak wole poczekac na diagnoze. w kazdym badz razie mam w sobie za duzo jakis przeciwcial, konkretniej ich ilosc dwunastokrotnie przekracza norme, a nawet nie norme bo w normie to ich nie ma, nie istnieja. tak ze niecierpliwie wyczekuje poniedzialku.
o, halny jakos teraz ustal. niezly wichur.
skomentuj (0) 23:07:56 2011-12-14 where u wanna go..kurw*, co jak co, ale swieta to przezywam jak dziecko ktore ma wyjsc na scene a naprawde nie chce. jakas nie zamknieta kwestia we mnie nadal dochodzi do glosu bo swieta to chyba jedyna rzecz przed ktora sie az tak strasznie bronie. uparcie jak osiol.. sama jestem zaskoczona swoja postawa. NIE wyobrazam sobie tego wszystkiego, nie widze szczescia, nie widze mojej usmiechnietej twarzy, nie widze szczerosci, nie widze uczucia, no nic pozytywnego nie widze. na sama mysl o tym jest mi nie dobrze.
zreszta niedobrze nieprzerwalnie jest mi od paru dni. tak fizycznie niedobrze, no jak widac psychicznie tez nie ma rewelacji.ale o fizycznosci.. pisalam w niedziele o tym snowboardzie, powiedzmy ze oslabienie. w koncu doszlam do wniosku ze to skutki uboczne jednego medykamentu bo w poniedzialek cos mnie ewidentnie rozlozylo. nie mialam sily w pracy, wrocilam do domu o 14 i poszlam... spac. wtorek i dzis, sroda, tez super. na szczescie bol glowy odpuscil ale cos typu mdlosci i zero ekscytacji jedzeniem ze mna caly czas. na mysl o jedzeniu robi mi sie niedobrze (w ciazy nie jestem, na diecie nie jestem).
wrocilam z kina przed chwila.
pozno juz ale musze wrocic do pisania projektu, chce zlozyc wniosek o dotacje z unii na dzialalnosc gospodarcza. nabor wnioskow rozpoczal sie na poczatku tygodnia, ale ja, madrze odlorzylam sobie to na pozniej. jest pozniej, duzo pozniej. jedno to ze musze skonczyc, drugie ze nie mam dowodu. zaginal najprawdopodobnie poczatkiem listopada, byl i nie ma. nowy byc moze (mam nadzieje) bedzie do odbioru jutro. sam wniosek mam wypelniony byc moze w polowie, a najgorsze przedemna... najgorsze na jutro.
no i wracajac do wrazliwego tematu swiat. doszlam do wniosku ze najlepiej byloby wyjechac. najlepiej a najgorzej ze nie mam z kim. najgorzej patrzac pod katem plazy. ale pod katem bladzenia po nieznanym to samotnosc jak wiadomo jest rewelacyjna. pomyslalam o barcelonie. to bylo by super, nigdy nie bylam, nikogo tam nie mam. oby starczylo mi sily, moga uaktywnic sie ludzie ktorzy beda chcieli mi to wybic z glowy..
skomentuj (0) 20:21:10 2011-12-11 nic.kolejna niedziela tego zywota.
<i siedze i patrze po mieszkaniu bo nic mi do glowy nie przychodzi>
jest kolejna niedziela, minal kolejny tydzien, miesiac, rok tez mija. rewelacja.
bylam dzis w moim ulubionym na swiecie miejscu jesli chodzi o jezdzenie na desce (bila). ten dzien na desce do czolowych nie nalezal, chyba ogolne zmeczenie organizmu.. niby okej jednak nie mialam tej zajawy ktora nie pozwala sie zatrzymac.. duzo gleb, duzo odpoczynku. no ale w sumie zaden dzien na desce nie jest dniem straconym (mentalnosc pocieszona).
wczoraj bylam w lodzi na mś w enduro halowym i to bylo coooooos! no koniecznie, na gwalt, pilnie, must have crossa! swojego. bede go myla, pielegnowala, szanowala i co najwazniejsze jezdzac bede miala swiadomosc ze jest MOJ. odrazu z odejsciem sniegu musze miec motor.
ogladajac zawody troche sie denerwowalam.. brat dostal sie do finalu ale golym okiem widac bylo ze kondycja nie ta.. to musi byc straszny wysilek, no i smutno tak patrzec kiedy on juz nie ma sily jechac a jedzie.
do lodzi to w ogole pojechalam w pt. w odzwiedziny do Kasi G.
i super. bylo naprawde fajnie. izoluje sie od melanzy, spendow wieczornych, spendow sluzacych piciu wodki z ludzmi ktorych znam z picia wodki. z Kasia zreszta tez pilysmy wodke ale znajomosc nasza nie polega tylko na tym. kac nastepnego dnia zacny, ale nie taki i ktorym zdarzalo mi sie w poprzednich miesiacach pisac (kiedy to ewidentnie przesadzalam).
ej no zle mi sie pisze.
ale dodam, ze fb mnie meczy. chcialam skasowac znajomych ktorych nie kojarze, spotkalam raz/dwa, jestesmy na swoich listach znajomych kompletnie nie wiedzac po co ale jestesmy bo wszyscy sie znaja. fatalnie. nie jest to problem ktory spedza mi sen z powiek ale.. jest to problem. zaczelam dzialac, usunelam 10 osob. na potwierdzenie znajomosci czeka 255. nie podoba mi sie to. nie wiem.
skomentuj (0) |