Brak komentarzy

Wzruszyłam się poprzednią notatką. Już prawie dwa miesiące minęły od śmierci Piotrka.. Strasznie mi brakuje tego kontaktu.. Są rzeczy o których nie mam komu powiedzieć, to się dzieje cały czas, a Pinki wiedział wszystko i miał zawsze trafny zwrot. Cały czas nie mogę uwierzyć..

U mnie cały czas coś nie tak, ciągle jakieś zgrzyty z kimś choć się staram, staram się dobierać słowa tak żeby wszystko było cacy, i to nie działa. Dużo w miedzy czasie się działo, dużo ale wszystko to nie ma znaczenia. Smutek, smuteczek. Ustaliłam że ludzie pracują żeby żyć a ja żyję żeby pracować.. Nie umiem spożytkować czasu wolnego w taki sposób żeby nie czuć że to co robię jest bez sensu, do czegoś prowadzi. Wyjścia w góry i las bardzo mnie bawią, nawet zbyt dużo w tych okolicznościach nie analizuję, jest super po prostu. Ale stamtąd muszę wracać..

Nie mam ochoty się z nikim spotykać, z nikim widzieć, najchętniej to pozbyłabym się telefonu ale tego zrobić nie mogę bo 24/7 jestem pod numerem służbowym. Żal. To nie jest to co chcę robić. Staram się jak mogę, czasami mam na głowie tak dużo że po prostu nie ogarniam, ale staram się i strasznie mnie bolą krytyczne opinie. Zresztą, w życiu prywatnym, które przecież jako tako nie istnieje, krytyka też mnie zawsze bolała. Pochwały również, w ogóle , zwracanie uwagi na moją osobę kiedy ja bym tego nie chciała (czyżby mielibyśmy czytać w myślach?) mnie drażni. Dużo rzeczy jak zwykle się zebrało. Odpuściłam fizycznie i psychicznie, można by to nazwać zaniedbaniem. Nie dbam o siebie, zaniedbałam się. Fizycznie doszło do granicy niedożywienia, ale to chyba nic szokującego zważając na to że zawsze byłam „szczupła”. Psychicznie jestem w ciemnej dupie. Oficjalnie zakończyłam swój związek który zazwyczaj toczył się na odległość (paradoksem jest to że wpadłam w ramiona R przeżywając rozczarowanie poprzednim romansem który to właśnie toczył się na odległość.. jak to się mówi z deszczu pod rynnę). Właśnie zaczęłam łzawić, to chyba złość. Jestem zła, bardzo zła, jestem wkurwiona.  Te minione miesiące były dla mnie serio bardzo ciężkie, dziwie się że potrafię to w tej chwili nazwać tak poważnie, mało z kim podzieliłam się moim smutkiem. Cały ten czas jestem sama, dlatego zdecydowałam się zakończyć ten związek.. Przechodziłam przez to sama, dalej przechodzę, więc po co mam być z kimś kogo nie ma.. Skoro kogoś nie ma to mogę być z kimkolwiek nieobecnym, ba, mogłabym nawet być z kimś kto istnieje i jest obok! Tyle że mi się nawet nie chce. Zwątpiłam w ludzi, czasem mam ochotę krzyknąć że naturalnie mam wszystkich w dupie ale tego robić nie muszę bo chyba wysyłam jasne sygnały. Miałam kiepskie momenty, oczywiście były takie w których nie chciałam żyć. Teoretycznie za 3tyg zaczynam terapię grupową nerwic. Czekam z niecierpliwością. Wahałam się, iść czy nie, co to zmieni, jaki jest sens, może trzeba po prostu tyrać do śmierci, bez celu, tracąc na zdrowiu co teraz robię, nie odkładając bo na co i po co.. Chętnie sięgnęłabym po psychotropy (kolejny paradoks że je odstawiłam jakiś czas temu zakładając starania o potomstwo) ale tego nie zrobię bo dla dobra terapii lepiej być na czysto.

Nie umiem się o siebie postarać, wyrazić. Dużo tych nie pochlebiających cech u siebie znalazłam ostatnimi czasy.. Kurwa żyję w jakimś złym kokonie. Czas się zebrać i coś zadziałać. Znów kuszą mnie podróże ale nie mam upatrzonej destynacji. Mongolia była super, najlepsza. Kolejna wyprawa, dokądkolwiek by nie była, odbędzie się w samotności – wow. Na pewno za szybko się to nie wydarzy.. Jeśli upatrzę gdzieś jakąś ciekawą okazję to wrzesień/październik jest realnym terminem.

A tymczasem mamy lipiec. Tak jak wspomniałam w połowie sierpnia początek 10-tygodniowej terapii (cieszy mnie moja decyzja, że to będzie coś dla siebie, że jak popracuję nad sobą to być może coś się ruszy w pozytywną stronę życia które przecież samo w sobie jest fajne, przecież jest cudem). Do końca wakacji w pracy na brak zajęć nie możemy narzekać, później będzie przestój więc mogę sobie pozwolić na oderwanie się od ziemi i „urlop”. W grudniu mam mieć zabieg (a może operacje, sama nie wiem) na kręgosłup (kiedyś założeniem było donosić ciążę przed tym terminem.. zrobiłam co mogłam, ale nie wszyscy zrobili maksimum co też mnie trochę rozczarowało, efekt jest jaki jest, żaden). W lutym kolejny zabieg. Jestem ciekawa jaki będzie efekt. Teoria mówi żeby nie ruszać kręgosłupa dopóki nie jest bardzo źle, a kiedy jest bardzo źle? Fakt, bywało gorzej niż teraz, ale tylko ja czuję mój ból. To że się nie żalę i nie chwalę nie znaczy że nie boli. Taki mój problem że nigdy w życiu nie powiedziałam że czegoś nie zrobię bo bolą mnie plecy, a bolą zawsze. Przyzwyczajenie, zaniedbanie. „Normalność” w mojej głowie ma inne ramy, niestety.

Brak komentarzy

znalazłam nasze wspólne zdjęcie (tak się składa ze jedno z nielicznych o ile nie jedyne)

beznazwy

strasznie mi przykro że się już nie spotkamy, nie tym razem, patrzę na te różne foty i nie wierzę że to wszystko, że tyle wspomnień ile razem zebraliśmy to wszystko co było nam dane, nic więcej. Piter cieszę się że mogłam przy Tobie być, wiem że już się tym wszystkim zmęczyłeś ale mogłabym tam siedzieć i siedzieć.. Palnęłam coś w środę że mogłabym zostać (fizycznie nie mogłam..), chodziło mi o to że gdybym tylko miała możliwość to siedziała bym przy Tobie cały czas. Rożnie bywało, od pewnego momentu starałam się cieszyć po prostu Twoją obecnością, nie myśleć na przyszłość, być tu i teraz, i byłam, w tamtym miejscu w tamtym momencie.. Ale tego już nie ma. Jestem tu i teraz, a Ciebie nie ma. Chujowe jest to że pisać do Ciebie nadal mogę ale Ty mi nigdy nie odpiszesz..

Nagle z książek o tematyce medycznej przerzucam się na tematy związane ze śmiercią. Muszę w coś wierzyć, nie wiem na czym stanęły Twoje wierzenia ale mam nadzieję że się spotkamy! Musimy! Będę tęsknić, dopiero 2dni jak Cię nie ma a już tęsknię.. Nie mogę zadzwonić, nie mogę napisać, na Twoim wall’u widziałam że stypa w pełni (pamiętam jak pisałeś z 8 miesięcy temu o samotności jakiej doświadczasz.. zresztą dwa tygodnie temu temat znów został poruszony – nie wiem czy świadomie czy nie, ale dałeś mi do myślenia / i ta kwestia nie została zamknięta, jeszcze o tym pogadamy), i było o samotności, może pisałam że teraz wszyscy są samotni (a już na pewno ja i ty) a przesyt szczęścia jest tylko na fb.

Nie wiem co tam teraz Piotrek robisz, może siedzisz z mamą, może już jeździsz a może nie ma śniegu, pojęcia nie mam ale na pewno nie boli Cię ciało. Nie chcę żebyś myślał że Cię oszukałam, że wiedziałam że umrzesz a nic nie powiedziałam, wierzyłam że z tego wyjdziesz.. Nie chcę Ci teraz prawić komplementów ale : raz powiedziałeś że gdybyś zgolił brodę to wyglądałbyś strasznie – nieprawda! (Mam nadzieję że nikt Ci jej pośmiertnie nie ściął). Sorry, obserwowałam Cię przez ostatnie tygodnie .. Miałeś piękną twarz, bez zmarszczek, jedynie czasem grymas wywoływany bólem..

Eh, no brak słów. Nie wiem co byś mi teraz poradził, co powiedział, liczę na jakiś kontakt, cokolwiek, choćby wyimaginowany sen z Tobą w roli głównej. Do zobaczenia Piter, będę pisać.

 

Brak komentarzy

Piotrek, umarles! Nie mogę w to uwierzyć, nie zgadzam się! Serio kurwa nie tak miało być!

Brak komentarzy

Kurczę, trochę nie ogarniam. Okropne wahania nastroju, wielgachne niezdecydowanie i ogromne lenistwo i wycofanie. To ja.
Jest mi smutno. Już o tym pisałam.. Troszkę zaczynam wariować. Piotrek jest w stanie jakże trafnie nazwanym przez Paulinę: chujowym ale stabilnym. Najciężej mi jak wpadam do labiryntu myśli i nie mogę się wydostać.. Oczywiście główna myśl to to że nie mogę uwierzyć że to się dzieje naprawdę, właśnie teraz, za szybko, nie tak miało być, i coś poszło nie tak. Kurwa no, nie tak. Eh, znowu ryczę. Mega mi ciężko, nie chce żeby tak było. Jednego dnia mam nadzieję, drugiego mam wrażenie że zwariowałam i wierze w nierealne. Jeśli on rzeczywiście umiera to chciałabym żeby miał spokój,  a nie wiem czy ktokolwiek jest w stanie mu go teraz zapewnić. Niestety nastąpiło nagłe przebudzenie osób z nim spokrewnionych i wszyscy chcą pomóc, a może to jest zakamuflowane ostatnie pożegnanie, sama nie wiem. Wiem że jestem na granicy i moja sympatyczność będzie zanikać, na pewno w stosunku do matki córki Piotrka (brzmi zagmatwanie ale nie wiem jak ją nazywać). Długo nie zniosę jej naiwnych pytań i zarzutów co miałybyśmy (z Pauliną) robić a nie robimy. W ogóle strasznie mnie rozbijają inni ludzie wiedzący lepiej a nic nie działający,  łatwo napisać, gorzej zrobić. Po wczorajszym czatowaniu na fb byłam całkowicie rozjebana, całkowicie. Dziś usunęłam swoje konto. Nie będę się angażować w internetowe kontakty.. W realu w sumie też jestem wycofana ale internet mnie dobija.
Pani Krysia zmarła kilka dni temu.. Rozważałam wyjazd do Warszawy na pogrzeb ale wiem co ona by o tym powiedziała, 100% było by to: „Marcelko! Ja Cię bardzo proszę, nie fatyguj się!”. Wiem że tak by powiedziała, mimo wszystko chciałam pojechać żeby spotkać się z panem Jankiem, Romkiem i Aśką, ALE gadałam z Romkiem i ściągnął mnie na ziemię… przypomniał że mama serio by nie chciała żebym sobie zawracała tym głowę. Wczorajsza pogawędka jakoś mnie podniosła na duchu, w ogóle to co on teraz robi jest motywujące. Szczególnie teraz, jak jestem w jakimś przewlekłym dole.
I co z tym wszystkim teraz? Planuję wszystko jakoś uporządkować (znów jestem na etapie że nic nie ma sensu :/) a żeby to uczynić potrzebuję pomocy po którą planuję się zgłosić do odpowiednich fachowców.

cd.

Brak komentarzy

No i minęły kolejne dwa tygodnie, tym razem od twoich urodzin. Mówiłam że mnie nie będzie.. Pamiętam że wtedy znów się pogorszyło bo zaczęły się wymioty. Martwiące to jest, z jednej strony super bo dostałeś żywienie dożylne, ale z drugiej to chciałabym żebyś korzystał ze swojego układu pokarmowego, żeby był na przyszłość sprawny!

Zrobiłam sobie wolne ostatnio, nie było mnie 4dni. Miałam wielki dylemat.. Wypad  zaplanowałam wcześniej (UK) i nie wiedziałam co ze sobą zrobić, lecieć czy nie. Chciałam od tego wszystkiego odpocząć, popatrzeć z dystansu. I wiesz co, chyba się udało.  Udało się i się nie udało. Będąc w Brighton uświadomiłam sobie że to jest moje miejsce i tak naprawdę nie wiem co znów się stało że jestem tu(w Poldonie)  i prowadzę to życie tym torem, trochę nie moim. No może Cię to nie interesuje, więc wracam do spraw szpitalnych, które na tą chwilę też Cię nie interesują, ale mam nadzieje że kiedyś sobie siądziesz wygodnie i poczytasz. Więc nie było mnie te 4dni, trochę się w międzyczasie zamartwiałam, ale wyjeżdżając byłeś w na tyle dobrym stanie że wierzyłam w to że nic wielkiego się nie wydarzy. Miałeś różne badania które nie wykazały żadnych niepokojących zmian! Mega! Szkoda że nie widzę starszych ani nawet aktualnych wyników ale wierzę że jest lepiej. Te mdłości i wymioty to nic dobrego.. Dziś znów zrobię herbatę imbirową, wczoraj trochę przesadziłam, rzeczywiście była za mocna – sorry! No nic Piter, muszę coś pokminić jak Ci podawać cudowne lekarstwa żeby nie było odruchu wymiotnego.. I wierzymy! Wiem że masz już tego dosyć, jesteś tam już 39dni, kurwa, dużo. Masz dosyć ale walczysz i tak ma zostać!


  • RSS